poniedziałek, 1 kwietnia 2013

SPLASH! Nowy program z gwiazdami we Francji. Czy ma szansę zaistnieć w polskiej TV?


Wydawało się, że celebryci dla nas robili już prawie wszystko. Tańczyli, śpiewali i jeździli na lodzie a nawet występowali w cyrku. Jednak Holendrzy znaleźli jeszcze coś czego gwiazdy nie robili - a mianowicie jeszcze nie skakali do wody. Holenderskie telewizje są w światowej czołówce tworzenia nowych formatów, których później licencje są wykupywane na całym świecie (stąd właśnie wywodzą się takie hity jak Big Brother czy The Voice).

Pomysł wydawał się niezły – łączył w sobie elementy artystyczne (tak jak w tańcu) wraz z elementami odwagi (kto pamięta polsatowski Gwiezdny Cyrk)? Program wręcz skazany na sukces. Dlatego też w Holandii w sierpniu 2012 r. wystartowała pierwsza edycja tego formatu pod nazwą SPLASH! A niedługo później telewizje z całego świata zaczęły się ubiegać o licencję na krajowe wersję programu.

http://www.youtube.com/watch?v=52whdA1gQDM

W szczególności w Wielkiej Brytanii gdzie skoki do wody stały się jedną z najbardziej popularnych dyscyplin sportowych za sprawą młodziutkiego Toma Daley'a, który zdobył brązowy medal na igrzyskach w Londynie. We Francji skoki do wody również są znanym sportem. Więc program zaledwie po paru tygodniach od premiery na Wyspach, wystartował w największej francuskiej telewizji TF1.

Zasady programu są proste. Każdy celebryta wykonuje skok do wody z jednej z czterech wybranych wysokości (3m, 5m, 7,5m, 10m), który jest oceniany przez jury. Tak jak w innych programach tego typu. Tylko, że tutaj jury ocenia osobno technikę i odwagę. W końcu na skok z najwyższej 10m wieży decydują się tylko nieliczni.

Wielu uczestników udział w programie stanowiło wyzwanie. Musieli się zmierzyć ze swoimi fobiami jakimi są lęk wysokości czy strach przed wodą. A telewidzowie lubią takie rzeczy oglądać.

TF1 specjalizuje się w programach z wszelkiego rodzaju celebrytami. Wiele z tych programów celuje w niewymagającego odbiorcę oczekującego prostej rozrywki. Często są one „niskiego polotu” a powiedziałbym, że wręcz ogłupiających. Format wręcz stworzony dla tej stacji.

Program oczywiście został dostosowany do poziomu potencjalnych odbiorców TF1. Dlatego też wśród wielu telewidzów wzbudził emocje skok starszego uczestnika pewnego reality show, który nawet nie umie pływać. Jego próba skoku wyglądała dość komicznie aczkolwiek wielu innych telewidzów ten skok mógł tylko zażenować. Tutaj możecie go zobaczyć.

Oczywiście „wartością” tego programu dla wielu innych liczyły się walory estetyczne. Przecież nie na co dzień można zobaczyć piękne gwiazdy w strojach kąpielowych np. skaczącą z półsalta w bikini Laury Thilleman - Miss Francji 2011, którą możecie zobaczyć poniżej.

http://www.youtube.com/watch?v=Dm7aphOfjIU

Czy ten format ma szanse na pojawienie się w Polsce?


Polskie gwiazdy raczej nie muszą się obawiać, że będą musiały skakać do wody. Produkcja programu jest zbyt droga jak na warunki polskich stacji, które i ta są w głębokim kryzysie. Wynajęcie i przygotowanie basenu dla potrzeb programu słono kosztuje. Tym bardziej, że niewiele mamy w Polsce obiektów umożliwiające skoki do wody z 10 m wieży. Cała francuska ekipa pracująca przy produkcji musiała się specjalnie przenieść do Strasbourga przy granicy z Niemcami. Co oczywiście wiązało się kosztami logistycznymi. Dlatego też powstały we Francji tylko 3 odcinki programu (2 półfinały i finał).

Poza tym w Polsce nie mamy tradycji skoków do wody. Przecież w tego typu programach czuwa nad realizacją programu sztab specjalistów. Więc prawdopodobnie byśmy musieli importować zawodowych skoczków za wschodniej granicy.

SPLASH! we Francji odniósł umiarkowany sukces. Co prawda oglądalność za każdym razem przekraczała 20% i wygrywała z konkurencyjnymi stacjami lecz od pierwszego odcinka była w tendencji spadkowej co może świadczyć o tym, że telewidzowie nie byli w pełni zadowoleni tym programem.

Opinie na temat show były bardzo krytyczne. Komentatorzy nawet porównywali SPLASH! do „kupy gnoju”. Ale winić można jedynie producentów TF1, którzy chyba przedobrzyli z dostosowaniem formatu do docelowej grupy, która właśnie lubi takie "gnojowate" programy. Później TF1 tłumaczyła się tym, że nie miała wiele czasu, żeby dopracować szczegóły programu ponieważ konkurencyjna stacja planowała start podobnego show.

Osobiście program oceniam na plus. Specyfika formatu sprawia, że show może się lekko dłużyć. Jeden skok trwa zaledwie 2 sekundy i czymś trzeba zapełnić resztę ponad 2-godzinnego programu. Ale jak to ktoś kiedyś powiedział, że „w życiu liczą się tylko chwile” tak jak w telewizji liczą się punkty kulminacyjne, te właśnie 2 sekundy skoku, na który wszyscy czekamy. A taka huśtawka emocji ostatecznie pozytywnie wpływa odbiór programu.

sobota, 2 marca 2013

Zwykli mieszkańcy - bohaterami Dunkierki. Jak poprawić wizerunek podupadającego miasta?



Ostatnio we Francji było głośno o sprawie Florence Cassez, która była przetrzymywana w meksykańskim więzieniu od 2005 r. Oskarżona za rzekomą pomoc tamtejszego gangu w porwaniach została skazana na 60 lat. Od wielu lat francuskie media relacjonowały przebieg sprawy. W 2009 r. interweniował osobiście w Meksyku nawet sam prezydent Sarkozy. Domniemywał  że Francuzka została wykorzystana przez meksykański rząd, który próbuje ją wykorzystać do własnych propagandowych celów w walce z gangami.

Francuzkę w końcu udało się oczyścić z zarzutów i mogła wrócić do kraju. Przywitano ją prawie jak bohaterkę narodową. Sam przylot samolotu z  Meksyku na lotnisko Charles de Gaulle pod Paryżem relacjonował na żywo główny kanał francuskiej telewizji publicznej. Została powitana z najwyższymi honorami, okrzykniętą ją bohaterką narodową pomimo, że nie ma całkowitej pewności o jej niewinności.

Tak się składa, że Florence Cassez jest związana z Dunkierką w której mieszkam. Oczywiście władze miasta nie mogły odpuścić okazji do pochwalenia się tym faktem. Przecież nie często się zdarza sytuacja w której mieszkańcy mogą być dumni ze swojej miejscowości.

Florence powtórnie wykorzystana.


W końcu do zadań specjalistów od marketingu regionalnego (oprócz przyciągania nowych mieszkańców, turystów i inwestycji) należy wzmacnianie lokalnego patriotyzmu. Z tego też względu Dunkierka zdecydowała się na wykorzystanie wizerunku Florence dla własnych celów marketingowych. Ale o tym za chwilę.

Sama Dunkierka swoją identyfikację bazuje na urodzonym w tym mieście słynnym piracie Jean Bart, który jest głównym elementem pocztówek. Taką strategię można porównać do strategii Torunia. No bo kto z nas nie kojarzy tego miasta z  z Kopernikiem. Jednak bazowanie swojej strategii na postaciach historycznych buduje jedynie tożsamość i przynosi spektakularnych efektów.

[caption id="attachment_160" align="aligncenter" width="561"] Jedna z grafik reklamujących słynny w całej Francji karnawał w Dunkierce z wizerunkiem Jeana Barta przebranego za kobietę czyli w tradycyjny karnawałowy strój.
Źródło: nordmag.com[/caption]

Warszawa a francuscy turyści.


Warszawa w swoich działaniach marketingowych wykorzystuje wizerunki dwóch osobistości związanych z Francją - Fryderyka Chopina i Marii Curie-Skłodowskiej. Pomimo, że Chopin nie jest zbyt popularny we Francji i kojarzony jest jedynie ze światem muzyki to Marie Curie (bo tak ją Francuzi nazywają) jest dla nich bohaterką narodową, postacią, z której są naprawdę dumni. Jest jedyną multi-laureatką Nagrody Nobla na świecie. Jej imieniem są nazywane ulice i szkoły w wielu francuskich miastach.

Ale bazowanie swoich działań na postaciach historycznych nie przynosi dużych efektów. Przyznajmy sami, że dom na warszawskiej starówce gdzie urodziła się Curie-Skłodowska czy pomnik Chopina w warszawskich Łazienkach nie stanowią największych atrakcji turystycznych stolicy.

Więc przygotowując tego typu strategie lepiej wykorzystywać wizerunki osób współczesnych, takich których wszystkich dobrze znamy. Bo w praktyce rzadko dla kogo postacie historyczne są autorytetem w przeciwieństwie do osób z naszego pokolenia. Dlatego Gdańsk jest kojarzony z Lechem Wałęsą a Kraków z Janem Pawłem II. Wiele zagranicznych turystów przyjeżdżających do Trójmiasta chce koniecznie zobaczyć słynną Stocznię Gdańską pomimo, że w sama w sobie jest tylko miejscem pracy i produkcji statków a nie atrakcją do zwiedzania.

A w  Dunkierce?

Dunkierka w czasie II wojnie światowej została kompletnie zniszczona więc z trudem tu można znaleźć zabytki, które mogłyby przyciągnąć turystów. Jak każde mniejsze miasto, które nie jest głównym ośrodkiem regionu, podumiera. Młodzi wolą mieszkać w dużych miastach gdzie mają większą szansę na karierę.

Dlatego po informacji o zwolnieniu Florence z więzienia miasto zaczęło działać. Merostwo zdecydowało się na kampanię outdorową "Bienvenue dans ta ville !" ("Witamy w Twoim mieście!") pomimo, że sama bohaterka nigdy w Dunkierce nie mieszkała. Ale tu mieszkają tutaj jej rodzice i tu prawdopodobnie spędzi najbliższe lata o czym nie wszyscy wiedzą.

Pierwsze wiadomości o wypuszczeniu Francuzki pojawiły się w mediach we wtorek wieczorem, w środę opuściła więzienie, w czwartek już lądowała na podparyskim lotnisku, a w sobotę z samego rana już pojawiły się w całym mieście plakaty witające Florence. Zaledwie kilka dni na zrealizowanie kampanii może wprawić w podziw polskich marketingowców. Sprawę ułatwił fakt, że wszystkie wolnostojące billboardy i citylighty należą do miasta. Więc kampania odbyła się za półdarmo (nie licząc usług graficznych, poligraficznych i montażu plakatów). A dotychczasowe plakaty reklamujące m.in. imprezy karnawału w Dunkierce (patrz zdjęcie wyżej z Jean Bartem) zostały tymczasowo zastąpione na te witające Florence.

[caption id="attachment_168" align="aligncenter" width="558"] "Florence Cassez witamy w Twoim mieście!" Takie billboardy zafundowało merostwo w Dunkierce. We Francji outdoorowe nośniki reklamy są dość ograniczone, no i w sumie dobrze bo nie szpecą tak miast jak w Polsce. W Dunkierce w dużej części są stosowane do ogłoszeń miejskich czyli terminarz wydarzeń w mieście na nadchodzący miesiąc (targi, koncerty czy imprezy związane z karnawałem).[/caption]

Florence na pewno się miło zrobiło jak zobaczyła billboardy, że Dunkierka ją tak serdecznie przywitała. Ale oczywiście miasto nie miało jedynie na celu pocieszenie kobiety, która spędziła 7 lat w meksykańskim więzieniu. Większe i mniejsze miejscowości chcą się wyróżniać na tle innych, chcą być wyjątkowe. Ale nie wszystkie mają się czym chwalić, no chyba że podniszczoną gospodarką w kryzysie i emigrującymi mieszkańcami. A taki problem ma właśnie Dunkierka. Dlatego też władze miasta zdecydowały się na tą kampanię, która miała na celu m.in. wzmocnienie więzi z miastem i poczucia dumy z bycia Dunkerquois (czyli Dunkierkowiczem).

[caption id="attachment_159" align="aligncenter" width="586"] Florence Cassez na tle witającego jej citylightu w Dunkierce. 
Źródło: lexpress.fr[/caption]

Od elektrotechnika do restauratora.


Obecnie bohaterem miasta może być każdy, o czym świadczy przypadek Florence Cassez. Jednak Dunkierka ma jeszcze innego bohatera – Ludovica Dumonta – elektrotechnika i zwycięzcy popularnego we Francji telewizyjnego show Masterchef. Francuzi pokochali kulinarne programy, tak jak Polacy pokochali swego czasu wszelkie programy taneczne. Dlatego Ludovic stał się bohaterem... na Facebooku. Sam oficjalny fanpage zwycięzcy Masterchefa zebrał ponad 10 tys. fanów. Również mieszkańcy Dunkierki chętnie pisali o nim w swoich postach. Facebooki Dunkerquois zapełniły się Ludovikiem, najpierw wyrazami poparcia a później gratulacjami. Następnie po powrocie Ludovica do Dunkierki, facebookowicze dzielili się zdjęciami jakimi udało mu się zrobić. A w styczniu na portalach społecznościowych można było śledzić otwarcie pierwszej własnej restauracji Ludovica - Le Sens. Oczywiście nie gdzie indziej jak w Dunkierce. Wiele Dunkierkowiczów mogło być ze swojego miasta dumnych.

[caption id="attachment_162" align="aligncenter" width="420"] Zdjęcie z 10 listopada przedstawiające powitanie Ludovica (w białej koszuli) przez 1000 osób na dworcu w Dunkierce po zakończeniu programu.  Zebrało ono prawie 1500 "lajków" na Facebooku co stanowiło ok. 10% fanów. Nie jeden specjalista od social media tylko może pomarzyć o takim zaangażowaniu. A na wallu zwycięzcy Masterchefa można znaleźć wpisy posiadające nawet ponad 2000 "lajków".
www.facebook.com/ludovicmasterchef3[/caption]

Reklama outdoor tylko  elementem miejskiego otoczenia, kojarzone nachalnym komunikatem i z czymś na co nie zależy zwracać uwagi. Aczkolwiek sprawdza się gdy mamy coś do zakomunikowania. Natomiast Facebook jest częścią naszego życia i naszych znajomych. Dlatego ten portal stał się tak popularny, to na nim możemy się dowiedzieć co słychać na świecie a także pośmiać się z memów. Jednak na Facebooku nie ma miejsce na komercje.

Dwie zupełne różne osobistości i dwa zupełnie różne przypadki. Zwykli mieszkańcy, który zbiegiem losu stali wręcz celebrytami. Oprócz samych bohaterów, wygrała również Dunkierka. Bez większych środków pieniężnych udało się miastu poprawić swój wizerunek.

A w Polsce jakie znacie osobistości, które stały się ikonami miast? Uczestnicy telewizyjnych programów, może sportowcy  czy też inne osoby? Uważacie, że wpływają one na wizerunek miasta?

 

Źródła ikony wpisu: lavoixdunord.fr, tf1.fr/masterchef

 

wtorek, 26 lutego 2013

Telewizja we Francji - podobieństwa i różnicę z Polską.

Na francuskim rynku telewizyjnym dominuje trzech graczy: telewizja publiczna, Grupa TF1 oraz M6. Za czwartego gracza można uznać Canal+, który jeszcze do niedawna specjalizował się wyłącznie w kanałach Premium (podobnie jak w Polsce lecz we Francji jest znacznie bardziej popularna). Jednak zasięg wszystkich kanałów należących do Grupy Canal+ jest niewielki z porównaniu do kanałów „Wielkiej Trójki”.

Warto o tym wspomnieć, że we Francji każda stacja ma przypisany numer, pod którym występuje w każdym francuskim telewizorze (z nielicznymi wyjątkami). W Polsce niestety nie udało się dokonać takiego standardu. Pierwsza szóstka (która pamięta jeszcze czasy telewizji analogowej) przedstawia się następująco:

[caption id="attachment_206" align="aligncenter" width="315"] Sześć pierwszych francuskich stacji[/caption]

1. TF1

Ewenementem na skalę światową była prywatyzacja francuskiej „Jedynki” w latach 80. TF1 jest więc od 25 lat stacją komercyjną działających na takich samych warunkach jak Polsat czy TVN. Co warto podkreślić TF1 jak i Polsat są mocno powiązane kapitałowo z sieciami telefonii komórkowej (odpowiednio Bouygues i Polkomtel).
Uważa się, że był to świetny ruch ze strony francuskich władz. Francuska prywatna „Jedynka” mogła się skupić na działalności czysto komercyjnej, nie zaśmiecając swojej ramówki tzw. programami misyjnymi. Taka prywatyzacja przydałaby się w naszej TVP1, której zarzuca się zbyt dużą komercyjność i brak prawdziwych programów misyjnych.
Komercjalizacja TF1 sprawiła, że stacja wyspecjalizowała się w programach dla mało wymagającego widza (żeby nie powiedzieć, że część produkcji wręcz ogłupia). W teleturniejach stacji nie trzeba się popisywać wiedzą a intuicją czy szczęściem. Mam tu na myśli takie show jak Familiada (Une famille en Or) czy Dobra Cena (Le juste prix) , którą Polacy mogli oglądać pod koniec lat 90.

2. France 2

„Dwójka” to główny kanał telewizji publicznej. W porównaniu do naszej TVP charakteryzuje się znacznie lepszą jakością. Ale nie ma się czego dziwić. Nie dość, że abonament RTV we Francji jest jakieś 3 razy droższy to i ściągalność jest na poziomie 98%. Ciężko jest uciec od niepłacenia tego „haraczu”, specjalni kontrolerzy szybko wykrywają przypadki zaległości w opłatach. Jednak ma to pozytywny wpływ na poziom emitowanych programów.

3. France3
„Trójka” pełni podobną rolę jak nasza dawna TVP 3 czy teraz Telewizja Regionalna. Czyli regionalna stacja z wspólnym ogólnokrajowym pasmem programowym. We Francji istnieją 24 ośrodki telewizji regionalnej.

4. Canal Plus

Czwartą pozycję we francuskich telewizorach zajmuje kodowany Canal+. Może nie do kodowany bo wiele programów nadaje w paśmie otwartym (podobnie jak polski odpowiednik). Z tej stacji wywodzi się popularne w Polsce Łapu Capu, które była całkiem popularne we Francji i niszowe stacje również produkują swoje wersje.

5. Arte
W czasach telewizji analogowej kanał 5 należał do francusko-niemieckiej telewizji Arte emitująca filmy dokumentalne, reportaże i programy edukacyjne. Wiele własnych produkcji wysokiej jakości lecz jest to kanał bardzo niszowy i jest dofinansowany przez Niemców i Francuzów.
Stacja ma stosunkowo słabe wyniki oglądalności w porównaniu do zajmowanej pozycji na liście kanałów więc przez operatorów kablowych jest często zastępowana innymi stacjami np. kodowany Paris Premiere czy rozrywkowy kanał publicznej telewizji France 5.

6. M6
Powiedziałbym, że M6 jest odpowiednikiem polskiego TVN. Zamiast teleturniejów emituje dużo własnych niskobudżetowych programów (np. Ugotowani). Stacja celuje głównie w widownie wielkomiejską, podobnie jak TVN.

Co jeszcze?

Co może zaskakiwać we francuskiej telewizji w porównaniu do polskiej jest stosunkowo mało ojczystych seriali. Większość z nich stanowią zdubingowane seriale amerykańskie, które są nadawane w prime-time czyli w paśmie najwyższej oglądalności. Natomiast w Polsce jeśli już są puszczane hitowe seriale za oceanu to zazwyczaj są emitowane po godz. 23.

W Polsce programy w wieczornym paśmie trwają maksymalnie 2 godziny. Jeśli to serial to nie licząc reklam trwa mniej niż 45 minut, czasami (w szczególności w TVP) seriale puszcza się podwójnie.

We Francji seriale, talent show i inne produkcje trwają minimum 2 godziny a nawet ponad 3. Nawet po ogłoszeniu wyników Tańca z Gwiazdami program dalej trwa w stylu Tańca z Gwiazdami za Kulisami. Tylko tyle, że w Polsce między Tańcem z Gwiazdami a Kulisami puszczany był polski serial, który z pewnością nie każdy chciał oglądać. Jednak TVN miał inne zdanie – puszczenie nowego serialu miało zmusić fanów Tańca do obejrzenia jego i tym samym zatrzymać widza na dłużej. Tylko trzeba pamiętać, że Polak nie jest przyzwyczajony to spędzania przed TV całego wieczoru (tak jak Francuzi). Polak może się czuć znużony, poza tym wydaje mi się że statystyczny Polak kładzie się szybciej spać niż statystyczny Francuz więc programy nie powinny trwać dłużej niż do 23.00. We Francji osoby, które nie chcą iść spać po ogłoszeniu wyników mogą dalej oglądać materiały Extra ze swoich ulubionych programów. (np. Kulisa Tańca z Gwiazdami). Świetny przykład takiego „przedłużania” oglądalności może stanowić finałowy odcinek Gotowych na Wszystko (Desperate Housewives) po którym dla największych fanów serialu, którzy oglądali serial blisko 10 lat dla poprawienia humoru po zakończeniu przygód swoich ulubionych bohaterów przez całą noc puszczała najlepsze odcinki z serialu począwszy od pierwszego odcinka pierwszego sezonu.

 

 

 

poniedziałek, 11 lutego 2013

Soldes - ostatnie dni wyprzedaży

Styczeń w handlu jest okresem poświątecznej wyprzedaży. Wszystkie sklepy zewsząd krzyczą do nas plakatami o obniżkach sięgającymi 50, 70 a i nawet 90%.

W Polsce ten okres zaczyna już się zaraz po świętach lecz nie ma stałej i oficjalnej daty startu wyprzedaży obowiązującej we wszystkich sklepach. Np. Ikea organizuje swoje akcje w Nowy Rok. Bo do startu trzeba się przygotować, zmienić ekspozycje w sklepie i zmienić ceny towarów.

Francuski handel potrafi się bardziej zsynchronizować. Okresy wyprzedaży w całym kraju są stałe i z góry ustalone. Zimowe Soldes zawsze rozpoczynają się w drugą środę stycznia (więc stosunkowo późno) i trwa 5 tygodni. W tym tygodniu mamy ostatnie dni zimowego Sale więc pora na podsumowanie.

[caption id="attachment_149" align="aligncenter" width="576"] Za parę dni te wszystkie szyldy znikną z witryn sklepowych a miejski krajobraz wróci do normalności. Przynajmniej do lipca i następnego Soldes.
Źródło: CC-BY Olivier Bacquet flickr.com[/caption]

Rozpoczęcie Soldes (czyli w tym roku było to 8 stycznia) dla wszystkich francuskich mediów było z jedną z głównych informacji. Dlatego też przez pierwsze kilka dni wyprzedaży sklepy pękają w szwach. Nawet w pierwszym tygodniu Soldes są otwierane sklepy w niedziele żeby każdy klient, nawet najbardziej zapracowany, miał szanse na zakupy w okazyjnych cenach. Aczkolwiek wydaję mi się, że te "wyjątkowe otwarcia" są elementem strategii sklepów mającej na celu maksymalne wyciśniecie kieszeni klientów (o tym pisałem już tutaj).

W końcu pomimo niezłych obniżek, sklepy i tak są zarobione. Ostatnio właściciel polskich marek Reserved i Cropp w wywiadzie dla Gazety Wyborczej przyznał, że marża na ich produkty wynosi 55-60% i nie odbiega od innych sklepów w branży. Moim zdaniem jest i tak niska w porównaniu z np. Zarą, w której ceny są znacznie wyższe niż w Reserved. Więc nawet sprzedając towar 50% taniej sklep swoje zarobi. Zachęci klientów, którzy lubi promocje, sprzeda produkty, które nie spodobały się wcześniej klientom i zwolni miejsce w magazynach na nowszą kolekcję.

Co mi się podobało w we francuskim Soldes? To,  że promocją jest objęte wszystko co znajduje się w sklepie. Przy każdym produkcie jest doczepiana etykieta z procentową wartością zniżki np. 40%. W Polsce na czas wyprzedaży zazwyczaj są wymienian metki gdzie obok starej ceny jest dopisywana nowa niższa cena. We Francji klient musi sam obliczyć cenę towaru lub sprawdzić w „tabeli zniżek i cen”. Brzmi fajnie, można mieć wrażenie, że jest to prawdziwa zniżka. Bo chyba wszyscy w Polsce zetknęli się z promocjami typu, że ceny się nie zmieniają, tylko dopisywana jest cena wyższa, która rzekomo obowiązywała wcześniej.

Jednak przeliczyłem się na uczciwości sklepów. Udało mi się nakryć jeden z francuskich sklepów z modą męską - Devred 1902 - na zmienianie reguł w trakcie gry. Na początku wyprzedaży kupiłem sweter z 30% zniżką. Przed wyprzedażą kosztował 29 € więc zapłaciłem za niego ok. 20 €. Jednak rozmiar mi nie podpasował więc postanowiłem wymienić na inny model. Okazało się, że wszystkie modele swetra zostały przemetkowane.  Bazowa cena zmieniła się z 29 € do 34 € więc przy wymianie musiałem dopłacić jakieś 3€. Widocznie sweter zbyt dobrze się schodził więc ktoś ze sklepu postanowił zmienić cenę. Niby drobiazg ale takie działania są zabronione oficjalnie przez francuskie prawo. Tak, we Francji nawet warunki prowadzenia wyprzedaży są ściśle regulowane przez odpowiednie ustawy, które m.in. zabraniają podmieniania bazowej ceny na wyższą.

Myślałem, że chociaż francuskim sklepom mogę zaufać. Ale zarówno w Polsce jak i we Francji można spotkać te same nieetyczne praktyki.

Źródło ikony wpisu: CC-BY-NC Guillaume Lemoine flickr.com

 

wtorek, 15 stycznia 2013

Wzór dla Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy - Téléthon

W pierwszym poście wspomniałem, że będę odbiegał od tematów "marketingu popularnego" (reklama, e-marketing, social media) którego specjalistów jest pewnie więcej niż ogółem inżynierów w całej Polsce. Przecież marketing można spotkać wszędzie. Nawet w takich niepozornych organizacjach charytatywnych. W końcu te instytucje też w swój sposób pozyskują pieniądze i konkurują z innymi fundacjami w pozyskiwaniu pieniędzy.

Dawniej, instytucje charytatywne rzeczywiście były non-profit a dziś w Polsce nawet wykupują płatne reklamy w celu pozyskania 1% naszego podatku. Taka determinacja w pozyskiwaniu środków rzeczywiście może stawiać pytanie czy ta działalność ma rzeczywiście charakter non-profit.

W miniony weekend odbyła się Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy (WOŚP). We Francji nie ma wielkiej orkiestry ale jest Téléthon. Wielka akcja przy współudziale kilkuset tysięcy wolontariuszy na terenie całego kraju i przy ogromnym wsparciu publicznej telewizji i gwiazd. To tak w skrócie. Nazwa Téléthon jest znana w wielu krajach jednak de facto są to raczej odmienne inicjatywy i łączy je jedynie ogólna idea.

[caption id="attachment_135" align="aligncenter" width="320"] Logo fundacji Téléthon lecz w użyciu jest również wiele innych.[/caption]

Wspierać wszystkie dzieci czy chore na rzadkie choroby?


WOŚP zbiera pieniądze głównie z przeznaczeniem dla dzieci (w tym roku również dla osób starszych). Należy przy tym dodać, że w każdym roku cel jest inny (dzieci poszkodowane w wypadkach, wcześniaki itd.). We Francji każdego roku cel jest taki sam: przeciwdziałanie rzadkim chorobom genetycznym.

W Polsce głównym beneficjentem są szpitale (kupuje się m.in. karetki, inkubatory). Natomiast we Francji uważa się, że takie kupno urządzeń niezbędnych do ratowania życia jest obowiązkiem państwa. Przecież każdy pracownik płaci składkę, z której się finansuje opiekę zdrowotną. Z Téléthonu pieniądze są głównie przeznaczone na badania i rozwój („żeby zrozumieć choroby genetyczne”). Część zdobytych środków jest również przeznaczona na bezpośrednią pomoc w celu poprawienia warunków życia niepełnosprawnym (np. finansowanie zakładów opieki czy zakupu wózka inwalidzkiego).

Ze względu na swój cel Téléthon budzi kontrowersje. 100 milionów euro, które potrafi uzbierać w ciągu jednej akcji jest według niektórych zbyt dużą sumą jak na badania nad rzadko spotykanymi chorobami. Te pieniądze można byłoby przeznaczyć na kwestie, które znacznie częściej dotykają społeczeństwo (nowotwory, choroby układu krwionośnego). Poza tym dokładnie nie wiadomo na co tak ogromna suma pieniędzy jest przeznaczona. Polacy nie mają takich problemów z Owsiakiem. Mogą oni spotkać w każdym szpitalu urządzenia zakupione dzięki fundacji Jurka Owsiaka. I chyba nikt nie ma wątpliwości, że cel związany z ratowaniem zdrowia i życia dzieci jest jak najbardziej słuszny.

[caption id="attachment_127" align="aligncenter" width="537"] Téléthon 2009. Na ten moment uzyskano deklaracji wpłat na kwotę ponad 90 mln euro ale jak co roku rzeczywiste wpływy będą znacznie większe.
Źródło: ladmedia.fr[/caption]

Przed czy po świętach?


Nazwa Téléthon można dosłownie przetłumaczyć jako „telewizyjny maraton”. Trwa 30 godzin, od piątku wieczorem, kiedy ludzie wracają z pracy do soboty w nocy. Więc w przeciwieństwie do WOŚP wolontariusze Force T (tak się nazywa wolontariuszy Téléthonu) nie uzbierają datków od chodzących w niedziele do kościoła. Zresztą większość Francuzów nie jest praktykującymi katolikami a niedzielne msze odeszły w zapomnienie.

Orkiestra jest świąteczna tylko z nazwy. Odbywa się zazwyczaj w drugą niedzielę stycznia, kiedy już ściąga się mikołajowe dekoracje i zapomina o świętach. Klimat nadchodzących świąt można natomiast poczuć podczas Téléthonu, który odbywa się w pierwszy weekend grudnia, podczas pierwszych dni przedświątecznej gorączki zakupów. Zamiast przed kościołami, wolontariusze zbierają się przy specjalnie przygotowanych stanowiskach w różnych punktach miasta i w centrach handlowych, gdzie często są również organizowane różne pokazy. Na jednym z takich pokazów w multipleksie w Dunkierce mogłem zobaczyć pokaz szermierki na wózkach. Jednak należało się mu przyglądać z ostrożnością i bezpiecznej odległości. Zbytnie zainteresowanie szermierką na wózkach groziło podejściem wolontariusza z pytaniem o „czy wspomoże Pan badania nad genetycznymi chorobami nerwowo-mięśniowymi”. A ciężko jest takiemu wolontariuszowi odmówić ;)

[caption id="attachment_131" align="aligncenter" width="576"] Pokaz fitnessu na wózkach podczas Téléthonu 2012 w Nicei. Przy okazji zwróciłbym uwagę na pogodę panującą w grudniu na Lazurowym Wybrzeżu.
Źródło: flickr.com[/caption]

Marketing


Moim zdaniem WOŚP jest świetnie przemyślany pod względem marketingowym. Trafionym pomysłem było rozdawanie słynnych czerwonych naklejek w zamian za symboliczny datek. W dniu akcji wiele z nas je dumnie przykleja na swoim ubraniu w widocznym miejscu. Wpłynęło to na rozpoznawalność całej akcji, no bo kto z nas nie kojarzy czerwonego serduszka WOŚP? A ile osób kojarzy logo np. Fundacji TVN – Nie Jesteś Sam, czy Polskiej Akcji Humanitarnej? I potrafi wymienić jakikolwiek event zorganizowany przez te Fundację? A Wielką Orkiestrę kojarzą wszyscy.

Zresztą sukces WOŚP to nie tylko logo. Również symbole takie jak ubiór i styl Jurka Owsiaka, niezły PR (współpraca ze wszystkimi rodzajami mediów) czy nawet Przystanek Woodstock, które co roku przyciąga kilkaset tysięcy młodych ludzi i stał się jednym z największych festiwali muzycznych w Europie. Wszystkie te symbole WOŚP-u stanowią elementy tożsamości marketingowej fundacji , która wyróżnia ją na tle innych i wpływają na jej wizerunek.

Natomiast francuski Téléthon w porównaniu do WOŚP jest mdły i bez elementów charakterystycznych. Jest wiele problemów związanych z  identyfikacją marki. Różne loga są stosowane przy transmisji telewizyjnej, przy organizacji eventów a także inne logo posiada sama Fundacja Téléthonu.

Trudno się się z francuską akcją utożsamić. W Polsce każdy kto chce pokazać, że popiera inicjatywę Jurka Owsiaka przykleja w widocznym miejscu serduszko. We Francji dopiero kilka lat temu wpadnięto na pomysł na malowanie swojej twarzy w kolorach Téléthonu lecz nie jest to zbyt wygodna metoda jeśli chce się ją stosować na dużą skalę.

Téléthon ma charakter bardziej poważny. Orkiestra to radosna impreza która trwa „do końca świata i o jeden dzień dłużej” (nawiasem mówiąc, czyżby przestała grać 22 grudnia 2012 roku?). Oczywiście, że można spotkać we Francji rozrywkowe elementy takie jak występy gwiazd czy też popularne we Francji flash moby (we Francji tym terminem jest określany synchroniczny taniec dużej grupy osób do wybranej muzyki a nie jak w Polsce zbiorowisko nastolatków w centrach handlowych). Ale i tak mają one charakter przerywników debat dotyczących chorób genetycznych i niepełnosprawności. A Owsiak stara się nie pokazywać losów biednych dzieci i bardziej skupia się na pokazywaniu efektów swojej pracy.

[caption id="attachment_130" align="aligncenter" width="567"] Téléthon chwyta wielu telewidzów za serce opowiadając wzruszające historie chorych dzieci. Jednak czy nie jest to gra na litość?
Źródło: europe1.fr[/caption]

Gdzie ta kasa?


WOŚP pozyskuje pieniądze dzięki swoim wolontariuszom, którzy na ulicach miast zbierają datki do oznakowanych puszek. Jednak z reguły nie są to wielkie kwoty, zazwyczaj przeważają monety jedno lub dwu złotowe a banknoty należą do rzadkości (Polak pomyśli, po co przepłacać za czerwoną naklejkę). Force T  raczej nie bawi się w zbieranie „kilkudziesięciu centów” tak jak wolontariusze Jurka Owsiaka. Ze święcą tu szukać puszek do których można wrzucać swoje datki.

Najważniejszym elementem zbiórki pieniędzy podczas Téléthonu jest specjalny numer telefonu 3637. Dzwoniąc pod ten numer Francuzi mogą dokonywać „obietnic” wpłaty na konto Téléthonu. Przecież łatwiej jest złożyć obietnicę niż rzeczywiście zapłacić. A sumienie później nie pozwala na wycofanie się z tej deklaracji No i wiadomo raczej Francuz nie zadzwoni z deklaracją wpłaty kilkudziesięciu centów, a raczej minimum kilkudziesięciu euro (jeśli nie więcej). Nawet na stronie internetowej Téléthonu minimalna rekomendowana wpłata wynosi… 35 euro! Można oczywiście wpłacać mniej ale skromne wpłaty raczej są mniej mile widziane.

Drugim źródłem pozyskiwania funduszy są tzw. manifestacje lokalne, które z reguły polegają na różnych akacjach na ulicach miast czy centrach handlowych. Co ważne Ci wolontariusze raczej nie zbierają gotówki a deklaracje wpłaty (przynajmniej ja nie spotkałem żadnej zbiórki gotówki).

Poza tym wolontariusze nie tylko proszą o datki. Jednym z głównych ich zadań jest… informowanie darczyńców jak zapłacić mniejszy podatek dochodowy dzięki wspomożeniu „Force T”. Według francuskiego prawa, każdy może odliczyć od podatku aż do 60% dotacji. Wystarczy jedynie przy składaniu deklaracji podatkowej przedstawić papier od Téléthonu o dokonanej wpłacie, który jest przesyłany pocztą lub na maila (Poczta Francuska finansuje wszystkie liste Téléthonu z dokumentami do darczyńców).

[caption id="attachment_129" align="aligncenter" width="576"] Force T we francuskim mieście Pau wspiera Téléthon 2010 i zachęca do składania deklaracji wpłat pod numerem telefonu 3637.
Źródło: facebook.com/telethon[/caption]

Co skuteczniejsze?

Porównując sumy pozyskanych środków znacznie bardziej skuteczne w pozyskiwaniu środków jest Téléthon. W 2011 r. zebrano w sumie 94 mln euro, a we wcześniejszych latach udało się pozyskać nawet ponad 100 milionów euro. WOŚP ze swoimi 12 mln euro (50 mln złotych) wypada dość blado. Nawet biorąc pod uwagę różnicę w zamożności społeczeństwa Owsiak pozostaje w tyle za Téléthonem.

Więc lepiej nie bawić się w zbieranie „drobniaków” nawet kosztem popularyzacji całej akcji charytatywnej. Jeśli chce się więcej zarobić to trzeba skupić się na pozyskiwaniu hojniejszych darczyńców i większych jednorazowych datków. Przecież bardziej efektywniejsze będzie pozyskanie jednej osoby która wpłaci 35 euro niż 100 osób wpłacających złotówkę.

Należy tutaj wspomnieć, że Owsiak również zbiera datki w modelu francuskim. Również można dzwonić i np. licytować złote serduszka. Jednak ta metoda zbierania funduszy jest raczej przeznaczona dla najbogatszych darczyńców natomiast we Francji zadzwonić może każdy.

Dodatkowym czynnikiem przesądzającym o większym sukcesie Téléthon jest sposób zbierania pieniędzy. W Polsce wolontariusze zbierają gotówkę. Tematem tabu jest okradanie puszek WOŚP-u przez wolontariuszy. Wiadomo przecież, że 15-letnie chłopaki o niezbyt grzecznych twarzach nie będą działali wyłącznie w dobrej wierze. Co roku część wolontariuszy sama sobie przyznaje „prowizje” za stanie z puszką na mrozie przez cały dzień. Natomiast we Francji są zbierane deklaracje a następnie osoby zdeklarowane same wpłacają pieniądze na konto. Zresztą znając Francuzów to i tak do takiego celu chętnie używaliby wystawianych imiennie czeków, których nikt niepowołany by ich nie zrealizował.

Tak czy inaczej życzę Owsiakowi coraz większych sukcesów. Chyba to jedyna Fundacja, która pozyskuje środki dla nas wszystkich a nie na pojedyncze przypadki. Szpitale są pełne urządzeń, które są oklejone czerwonymi serduszkami. Natomiast Téléthon może nie ratuje zbyt wiele istnień ludzkich ale z ekonomicznego punktu widzenia mocno wpływa na innowacyjność i zarazem na gospodarkę Francji. Dzięki niemu jest jednym ze światowych liderów w medycynie a efekty swoich badań może eksportować za granicę. I w ten sposób pozyskiwać pośrednio środki na bieżącą działalność szpitali. A luka rozwojowa pogłębia się dalej.

 

Źródło grafiki głównej: facebook.com/telethon

piątek, 11 stycznia 2013

Jak francuscy listonosze dorabiają do pensji? Sprzedając Almanach du Facteur.

Końcówka roku to dla części z nas bardzo intensywny okres. Księgowi walczą z zamknięciem roku rachunkowego, gosposie domowe walczą z garnkami i miotłami podczas przygotowań do świąt. Również listonosze. Lecz nie mam tu na myśli dostarczania kartek z życzeniami. W grudniu francuscy dostarczyciele listów wcielają się w rolę prawdziwych przedstawicieli handlowych.

Almanach du Facteur czyli Almanach od Listonosza.


Już w XIX w. francuska La Poste znalazła sposób jak w łatwy sposób zwiększyć swoje zyski. W czasach gdy nikt nie myślał poważnie o planach handlowych i ekonomii przedsiębiorstw. A pomysł był banalnie prosty. Sprzedawanie poprzez listonoszy Almanach du Facteur czyli kalendarzy. A właściwie tekturki ze spisem dni i miesięcy w danym roku wraz z imieninami na tle słodkiego kotka czy innego ładnego zdjęcia. Do wyboru do koloru. Często zawierają w sobie (z reguły po drugiej stronie „tekturki”) inne praktyczne informacje np. mapę regionu, numery telefonów do instytucji publicznych, godziny przypływów i odpływów morskich (jak ktoś mieszka w Normandii jest to całkiem istotna informacja) a nawet… daty jarmarków i przyjazdów wesołych miasteczek.

[caption id="attachment_105" align="aligncenter" width="573"] Kalendarze z kotkami od wielu lat sprzedają się najlepiej. A im słodszy tym lepiej. Tutaj kalendarz z departamentu Pas de Calais z 1990 r.
Źródło: http://legrenierdemimi.over-blog.com[/caption]

Niegdyś Almanach du Facteur był niemal w każdym francuskim domu i do dzisiaj wiele francuskich rodzin nie potrafi przeżyć bez niego kolejnego roku. Ma swoje stałe miejsce w domu i na dobre wpisał się w wystrój mieszkania. Jego sukces skłonił inne grupy zawodowe do sprzedaży własnych wersji kalendarzy. Swoje Almanachy mają również strażacy a nawet… śmieciarze. Niektórzy chodzą z kalendarzami po domach już od października, żeby być pierwsi.

[caption id="attachment_102" align="aligncenter" width="491"] W kalendarzach od francuskich strażaków raczej nie znajdziemy słodkich kociaków, no chyba że uwięzione wysoko na drzewie. Bo zazwyczaj jest w nich pokazane jak wygląda ich codzienna praca.
Źródło: http://www.france-today.com[/caption]

Poczta Polska próbowała już parę lat temu zwiększyć swoje przychody wykorzystując listonoszy np. do roznoszenia ulotek. Jednak spotkało się to z dużą dezaprobatą listonoszy i ich związków zawodowych. Uważają oni, że już oni wystarczająco przeciążeni więc Poczta Polska najczęściej najmuje zewnętrzne firmy do kolportażu druków bezadresowych. Ale na sprzedaż własnych kalendarzy się jeszcze nie skusiła. Zresztą mocno bym się zdziwił gdyby mój polski listonosz nagle by wyskoczył z takim kalendarzem do sprzedaży.

[caption id="attachment_104" align="aligncenter" width="516"] Natomiast śmieciarze stawiają na sprawdzone motywy przewodnie kalendarzy.
Źródło: lindependant.fr[/caption]

Kalendarze i inne „ładne kolorowe tekturki”

Papier należy do jednych z najtańszych surowców. Dlatego też do wielu listów z rachunkami (np. za telefon) w celu ich obciążenia były dołączane notatniki. Obecnie Poczta Polska straciła swój monopol na przesyłki o wadze mniejszej niż 50g więc raczej nie znajdziemy w skrzynce słynnych „blaszaków” (czyli listów z blaszkami od InPostu) i darmowych notatników.

Więc produkty z kategorii, którą określę „ładne kolorowe tekturki” do której można wliczyć m.in. kartki z życzeniami i torebki papierowe na prezent należą do tych najbardziej zyskownych. Koszty wytworzenia takiej tekturki wynoszą maksymalnie kilkanaście centów. Koszty transportu takich „ładnych kolorowych tekturek” są prawie zerowe. Nie ulegają przeterminowaniu i nie wychodzą szybko z mody więc można je trzymać na stanie w sklepie tak długo aż się je sprzeda. A takie kartki z życzeniami urodzinowymi są sprzedawane za kilka euro (z reguły od 2 € w górę). Natomiast przed świętami chcąc kupić stosunkową małą torebkę na prezent trzeba się liczyć z wydatkiem nawet 3 €! Przyznacie, że to całkiem niezły i dochodowy interes.

[caption id="attachment_106" align="aligncenter" width="496"] I pomyśleć, że takie stoisko z kartkami życzeniowymi jest warte więcej niż np. z produktami spożywczymi.
Źródło: galerieslafayette.com[/caption]

Nawet Francuzi uważają, że wydanie kilku euro za kolorową kartkę papieru to lekka przesada. Jedna z moich koleżanek zamiast kupić to sama przygotowała kartki świąteczno-noworoczne dla swoich najbliższych. Wzięła swój piórnik z kredkami i zaczęła sama kolorować kartki wedle własnego pomysłu. No może akurat w tym przypadku pieniądze dla mojej koleżanki nie były najważniejsze a sam czyn ofiarowania na święta czegoś od serca. Ale z pewnością parę eurocentów w ten sposób zaoszczędziła.

Francja to kraj w którym ciężko jest cokolwiek kupić za mniej niż 1 €. Właściciele sklepów wychodzą z założenia, że nie opłaca się sprzedawać produktów o niskiej wartości. Czynności logistyczne takie jak rozpakowanie, wyłożenie na półkę a później skasowanie produktu przy kasie kosztują firmę cenne sekundy jakie pracownik musi na nie poświęcić. Więc drobne produkty takie jak batoniki, chusteczki czy gumy do żucia sprzedawane są w opakowaniach zbiorczych. A nawet jak znajdzie się jakiś mały sklep na uboczu, który sprzedaje pojedyncze batoniki to należy się spodziewać, że sprzeda nam go po cenie porównywalnej z wielopakiem. Podobnie z „ładnymi kolorowymi tekturkami”. Z tej racji, że raczej nie kupujemy kartek z życzeniami na zapas to należy się liczyć z tym, że ich cena będzie znacznie wyższa niż ich rzeczywista wartość.

Cena? Jedna „co łaska” czyli 10 €

W założeniu cena Almanach du Facteur jest taka jak w kościele za opłatek – czyli tzw. „co łaska”. Ale nie wypada dać mniej niż 10 €. Wiele Francuzów chcąc kupić kalendarz za banknot 5 € spotyka się wręcz z odmową. Listonosze tłumaczą się tym, że oni skupują te kalendarze za pewną cenę i nie opłaca im się sprzedawać kalendarzy „za pół darmo”. Monety wypada dawać jedynie żebrakom na ulicy więc w tym przypadku nie pozostaje nic innego jak ofiarowanie 10 € za zdjęcie kotka.

[caption id="attachment_103" align="aligncenter" width="600"] Nawet Polacy znajdą coś dla siebie. Tutaj kalendarz z wizerunkiem Jana Pawła II.
Źródło: collections.delcampe.fr[/caption]

Przecież taki kalendarz pewnie kosztowałby w sklepie coś w ok. 3 € więc po co mam dawać za niego aż 10 €. Za taką cenę to można nabyć książkę, która ma w sobie znacznie więcej niż zdjęcie szczeniaczka. A kupując taką książkę płacimy przede wszystkim za prawa autorskie a nie za papier. A jakie prawa autorskie może posiadać almanach du facteur? Zdjęcie zwierzaka? Takie obrazki można kupić z Internecie z prawami do komercyjnego użytku już za parę euro.

[caption id="attachment_110" align="aligncenter" width="603"] Czy te szczeniaki nie są warte skromne 10 €?[/caption]

Jednak nie chodzi tu tylko o kalendarz. Jest to również pewna forma rocznego napiwku dla listonosza. Większość zysków ze sprzedaży z reguły idzie do jego kieszeni. W Polsce dawanie drobniaków przy otrzymywaniu emerytury jest powszechne. Dzięki temu budujemy relację i możemy się odwdzięczyć listonoszowi. A wiele Polaków narzeka na , że zamiast listów poleconych dostarcza tylko awizo. Podobnie jest we Francji. Dlatego kupując ten kalendarz za 10 € można liczyć w nadchodzącym roku na to, że wszystkie polecone i przesyłki będą dochodzić nam do drzwi. A nawet wysyłać listy za pośrednictwem listonosza (zamiast wrzucać do skrzynki).

[caption id="attachment_109" align="aligncenter" width="470"] Listonosze nie mają zbyt dużego wyboru ładnych kalendarzy ale kupując je budujemy relacje z naszym częstym gościem.
Źródło: ouest-france.fr[/caption]

Jakie są opinie Francuzów nt. Almanachów? Z reguły negatywne. W czasach gdy kalendarze można dostać za darmo od różnych firm czy znaleźć w gazecie to wydaje się, że kupno kolejnego kalendarza jest bezcelowe. Dodatkowo wiele listonoszy jest bardzo uporczywych. Tak jak nigdy nie można ich spotkać czekając na list to z Almanachem potrafią czekać pod naszymi drzwiami. Do mojego mieszkania aż 3 razy pukała pani listonosz aż w końcu musiałem jej powiedzieć „je ne veux pas le calendrier, au revoir Madame”. Więc muszę liczyć się z tym, że raczej nie dostanę w tym roku żadnej przesyłki z Polski ;)

A poza tym Francuzi zgodnie mówią, że te wszystkie Almanachy są po prostu… brzydkie ;)

[caption id="attachment_107" align="aligncenter" width="558"] Ten kociak może i jest słodki ale raczej nie ozdobi mieszkania. W tym przypadku grafik się nie popisał. Kalendarz od panów śmieciarzy z 2012 r.[/caption]

Na koniec jedna jeszcze historia. Koleżanka kolegi zamawia prenumeratę gazety codziennej. Pod koniec roku słyszy dzwonek do drzwi.

- Bonjour Monsieur.

- Bonjour Madame, sprzedaję Almanach du Facteur, może chciałaby Pani kupić jeden z nich?

- A kim Pan jest? Bo na pewno nie moim facteur (facteur to po polsku listonosz).

- Ale przynoszę Pani codziennie rano gazetę.

- No ale przecież w zeszłym tygodniu był dołączony do Waszej gazety jeden z tych kalendarzy za darmo? Więc dlaczego przynosicie mi kolejny?

 

A jakie są wasze doświadczenia z kalendarzami? Czy w Polsce ktoś wam próbował sprzedać kalendarz do domu?

 

Źródło grafiki głównej: delcampe.fr

poniedziałek, 7 stycznia 2013

Jak na Trzech Królach zarobić i się dobrze najeść

W Polsce nie mamy tradycji obchodzenia święta Trzech Króli 6 stycznia. Jeszcze do niedawna był to zwykły dzień, w którym uczęszczało się do pracy czy szkoły. Dopiero od 2011 r. 6 stycznia jest ustawowo dniem wolnym. W tym dniu jedynie można było pójść do kościoła, żeby poświęcić kredę i napisać na drzwiach wejściowych K+M+B lub C†M†B (w zależności od wytycznych danej parafii i proboszcza). Od niedawna na ulicach wielu polskich miastach organizuje się Orszaki Trzech Króli. Aczkolwiek ciężko to nazwać tradycją.  Od lat 60. (od kiedy zniesiono dzień wolny) było świętem zapomnianym i nie wyrobiono żadnych zwyczajów z nim związanych.

W wielu krajach święto to stanowi symboliczny koniec obchodów Bożego Narodzenia (kończą się świąteczne ferie) i zarazem jest okazją do spotkania się z rodziną i przyjaciółmi.

We Francji nazywane jest świętem Épiphanie czyli Objawienia Pańskiego. Pomimo, że nad Sekwaną nie jest dniem wolnym od pracy, ale nie stanowi to przeszkody, żeby pierwszy lub drugi weekend stycznia pobiesiadować przy stole się z najbliższymi.

Galette des Rois...


Najważniejszym elementem biesiady obchodzonej z okazji święta Trzech Króli jest ciasto zwane Galette des Rois. Może przypominać szarlotkę, aczkolwiek w sklepach w całej Francji można spotkać różne rodzaje i smaki. Na pierwszy rzut oka może się wydawać że jest to zwykłe ciasto, raczej nie powalające na kolana swoim wyglądem.

[caption id="attachment_91" align="aligncenter" width="501"] Galette des Rois o popularnym na północy Francji smaku migdałowym (Frangipane). Również można spotkać Gallete owocowe czy też ze śmietanowym kremem.
Źródło: 100miles.com[/caption]

fève.


Najważniejszym elementem Galette nie jest w sumie ciasto lecz przede wszystkim małą porcelanowa niespodzianka, która jest zatopiona w cieście. We Francji przybrała ona nawet specjalną nazwę fève. Niektórym z nas może przypominać skromniejszą wersję figurki z Kinder Niespodzinaki.  Dlatego też, pomimo wspaniałego smaku Galette, to należy je jeść powoli. Zbyt zachłanne konsumowanie ciasta może się skończyć tragicznie.

Osoba która znajdzie fève może się poczuć zwycięzcą uczty i zostaje oficjalnie mianowany królem lub królową wieczoru. Podczas uczty znalazca figurki zakłada tekturową koronę, która jest dodawana do każdego opakowania z Galette.

[caption id="attachment_92" align="aligncenter" width="491"] Przykłady małych porcelanowych figurek zwanych fève. W praktyce wybór fève jakie można znaleźć w ciastach jest nieograniczona. Źródło: cuistoshop.com[/caption]

Wydaje się to być nie do pomyślenia, że w dzisiejszych czasach sprzedaję się ciasto, którym można się zadławić. Obecne standardy bezpieczeństwa żywności nie pozwoliłyby na to. Zamiast porcelanowej figurki można byłoby dodać coś co nie zagrażałoby zdrowiu. Ale nie słyszałem nieszczęśliwych wypadkach z połknięciem fève . Poza tym kupując i jedząc Galette ma się świadomość, że w każdej chwili można trafić na coś twardszego i połamać sobie zęby.

Wyroby cukiernicze we Francji nie są tanie, ale cena Galette dla 8 osób wynosi 10 € więc jest w miarę przyzwoita dla przeciętnego Francuza. Więc chętnie objadają się wieloma Galette’ami (tak się odmienia to słowo?) podczas okresu Épiphanie. A ten może trwać aż do końca stycznia do kiedy jest dostępne w sklepach (z tego co donosi blogerka Justyna dla której to już kolejne z rzędu święto Trzech Króli we Francji).

Czynniki sukcesu Galette des Rois.


Nie tylko smak świadczy o popularności tego ciasta. Najważniejszym elementem pod względem marketingowym stanowi ukryta figurka. Na początku istnienia tradycji był to zwykły migdał, później migdały zamieniono na niezbyt ładne posążki związane z tematyką bożonarodzeniową np. małego Jezusa w kołysce. Z biegiem czasu producenci pozwalali na coraz większą swobodę w wyborze fèves. Mogą przedstawiać m.in postacie z popularnych kreskówek wśród dzieci. Natomiast starsi miłośnicy francuskich wypieków mogą się pokusić na figurki przedstawiające zabytki czy cuda architektury. Co kto lubi.

[caption id="attachment_93" align="aligncenter" width="544"] Wielu Francuzów zbiera fève od dzieciństwa i na emeryturze może się pochwalić całkiem niezła kolekcją.
Źródło: ladepeche.fr[/caption]

Dlatego też Francuzi kupują Galette nie tylko z powodu tradycji ale też ze względu na fève. Galette jest pyszne ale ciasta z figurką można kupić tylko w styczniu. Więc jest to jedyna okazja w ciągu roku, żeby powiększyć swoją kolekcję. Oprócz efektu „łapania okazji” dochodzi do tego jeszcze „element niespodzianki”. Tak jak z Kinder Niespodzanką, nie zawsze uda się zdobyć na ciekawą fève. A uczucie trafienia w swoim kawałku na ulubioną postać bajki z dzieciństwa jest porównywalne do uczucia wygranej na loterii.

Dlatego francuskie piekarnie, cukiernie i sieci handlowe prześcigają się w pomysłach na jak najbardziej pożądane i oryginalne figurki, o które później konsumenci będą walczyć chcąc mieć je w swojej prywatnej kolekcji. Dlatego nie zawsze jedno Galette w ciągu roku wystarczy. A dla piekarni i cukierni jest to jeden z najlepszych okresów w roku.

Źródło grafiki głównej: dacreims.com